Słuchaj nas: Kielce 107,9 FM | Busko-Zdrój 91,8 FM

PUBLICYSTYKA

Życie jest podróżą…

poniedziałek, 23 grudnia 2019 07:34 / Autor: Piotr Natkaniec
Piotr Natkaniec

Przejechali busem pół miliona kilometrów, odwiedzili ponad 60 państw na pięciu kontynentach i wydali pięć książek. Choć w podróży są osiem miesięcy w roku, to kiedy z niej wracają na chwilę, mieszkają w Kielcach. Poznajcie Olę i Karola Lewandowskich, podróżników, autorów bloga  Busem przez Świat.

- Gdy w 2009 roku kupowałeś starego vokswagena T3 za dwa tysiące złotych to miałeś w planie tyle niesamowitych podróży?

Karol: - Plan był zupełnie inny. Chcieliśmy pojechać na wakacje, zrobić to jak najtaniej, wrócić i sprzedać auto. Byliśmy dosyć biednymi studentami, nie mieliśmy pieniędzy na wyprawę z biurem podróży, więc wymyśliłem, że trzeba kupić duże auto, zmieścić tam całą ekipę i spakować zapas jedzenia. Zebraliśmy po 1500 złotych i ruszyliśmy dookoła Europy. Udało nam się, odwiedziliśmy kilkanaście państw i spotkało nas masę przygód. Myśleliśmy, że będzie jak na zwykłych wakacjach, ale w czasie podróży takim starym samochodem spotyka cię dużo nieprzewidzianych rzeczy. Zaczęło się od tego, że w Szwajcarii rozsypała nam się skrzynia biegów, w Barcelonie ktoś nas okradł, a na Gibraltarze zostaliśmy aresztowani pod zarzutem przemytu narkotyków: po prostu auto było kolorowe, więc policja stwierdziła, że możemy mieć używki. Ludzie nas ostrzegali przed problemami, ale z każdej z przygód wychodziliśmy obronną ręką i albo sami sobie poradziliśmy, albo pomagano nam. Dzięki temu uwierzyliśmy, że skoro dało się ruszyć w jedną podróż, to czemu nie w kolejne. Nie sprzedaliśmy więc samochodu i zorganizowaliśmy kolejne wyjazdy. 

- I tak się poznaliście z Olą…

Ola: - Tak. Czasy są takie, że szukamy wszystkiego w Internecie. Ja szukałam busa, a znalazłam chłopaka z busem. Dwa w jednym, fajnie wyszło (śmiech).

- Ale przez ostatnie 10 lat nie jeździliście tym samym busem.

Karol: - Zgadza się. Na początku był Volkswagen T3 za dwa tysiące złotych. Gdy mu stuknęło 25 lat i stał się zabytkiem, części do niego zrobiły się bardzo drogie.

Ola: - Dzisiaj już nie kupilibyśmy takiego auta za takie pieniądze. One są teraz dla bardzo bogatych ludzi.

Karol: - Musieliśmy kupić kolejne auta. Teraz często jeździmy Mitsubishi Delicą. To nim pojedziemy w przyszłym roku na Syberię. Ale zainwestowaliśmy jeszcze w Stanach Zjednoczonych w Forda, którego właśnie tam trzymamy.

- Często psuje Wam się samochód w podróży? Jak radzicie sobie z usterkami?

Ola: - Przynajmniej raz w tygodniu jest mniejsza usterka, raz na dwa tygodnie większa, a raz na miesiąc taka, że stoimy, nie wiadomo co będzie i szlag nas trafia (śmiech). Ale mamy z tyłu głowy, że zawsze wychodzimy z różnych kryzysów, więc szukamy rozwiązania.

Karol: - Nie demonizowałbym tak bardzo tych samochodów, bo może się wydawać, że spędzamy podróż głównie na naprawie. Tymczasem zdecydowaliśmy się na stare auto, bo łatwo je naprawić i części są dostępne. Poza tym kiedy pęka jakiś wąż czy pada alternator, jesteśmy w stanie naprawić to sami albo u pierwszego lepszego mechanika. Trzeba mieć świadomość, że te samochody robią w trudnych warunkach kilkadziesiąt tysięcy kilometrów i często są narażone na bardzo wysokie temperatury.

- Zdarzało się, że straciliście nadzieję na naprawę?

Ola: - Do Norwegii pojechaliśmy dwoma busami, najpierw nam się zepsuł silnik w naszym wozie, a tydzień później w samochodzie kolegi. W takich sytuacjach trzeba najpierw znaleźć lokalnego mafioso, który chce odkupić swoje winy.

Karol: - Pomógł nam niejaki Tommy. Przyjechał w środku nocy na stację benzynową i zobaczył, jak rozkręcamy coś w busie. Dopił piwo, rzucił puszkę i spytał: „Co tu się dzieje?”. Wyjaśniłem. Stwierdził, że ma pomysł, i zawiezie mnie w jedno miejsce. O nic nie pytając, wsiadłem z nim do samochodu i po 30 minutach dotarliśmy do lasu. Zrobiło się dziwnie, ale okazało się, że trafiliśmy do domu jego znajomego, miłośnika volkswagenów. Miał masę części do tych samochodów, w tym silnik. W bardzo drogiej Norwegii udało nam się go kupić za około 400 złotych.

- Nie podróżujecie sami, zazwyczaj zabieracie pasażerów.

Ola: - W ciągu dziesięciu lat ponad dwustu, zupełnie obcych, znalezionych w Internecie. Najpierw Karol podróżował z kuzynami, ale ekipa pozakładała rodziny. A że nadal chciał podróżować tamim kosztem, ogłosiliśmy to w Internecie. Mimo, że nie byliśmy wtedy zbyt znani, zgłaszało się sporo osób.

Karol: - Całkiem sporo, bo na początku na dwa miejsca było kilkuset chętnych, później nawet pięć tysięcy.

Ola: - Braliśmy ludzi na zasadzie kto pierwszy, ten lepszy.

- Zdawali sobie sprawę co ich czeka podczas podróży busem?

Karol: - Zanim ktoś wysłał zgłoszenie, musiał obejrzeć serię naszych filmów albo przeczytać którąś z naszych książek. Dzięki temu wiedział, że warunki będą spartańskie i zdarzy się sporo nieprzewidzianych sytuacji. Podróżujemy z niewielkim budżetem i często nie korzystamy nawet z kampingów. Mamy namioty i szukamy miejsc darmowych, ale legalnych. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, gdzie będziemy spać. Zazwyczaj szukamy noclegu na dwie godziny przed zachodem słońca. To zawsze bardzo dziwiło naszych współpodróżników. Nie korzystamy też z restauracji, sami sobie gotujemy. Prysznic jest czasem co kilka dni, bo mamy ograniczony zapas wody i często musimy szukać stacji benzynowych, gdzie możemy się umyć. Te podróże są nieprzewidywalne, na pewno nie dla kogoś, kto lubi luksus.

- Często się kłócicie podczas podróży?

Ola: - Na początku musieliśmy się dotrzeć, co ma miejsce zwykle wtedy, gdy pary zaczynają ze sobą mieszkać. Naszym mieszkaniem był bus i w nim układaliśmy sobie życie. Na początku bywało różnie, ale dzisiaj nie kłócimy się. Nie jesteśmy osobami, które odkładają smutki, żeby je później wyciągać. Nie mamy żadnych tematów tabu, jeśli trzeba coś przegadać, robimy to szybko.

Karol: - Poza tym w podróży mamy tyle sytuacji, gdy jesteśmy zdani na siebie, że nie ma miejsca na kłótnie. Musimy działać. W tej chwili spędzamy około ośmiu miesięcy w podróży i żyjemy w busie, więc żeby to wszystko było możliwe, musieliśmy mieć wspólną pasję i pasować do siebie. Ja każdej parze polecam, żeby pojechać chociaż raz w taką niskobudżetową podróż, bo wtedy wychodzą z człowieka wszystkie prawdziwe emocje i cechy.

- Które z odwiedzonych miejsc najbardziej Was oczarowały?

Ola: - Podczas ostatniej podróży byliśmy w Slap City w Kalifornii. To takie miasto bezprawia na środku pustyni stworzone przez osoby, które nie chciały uczestniczyć w tradycyjnym systemie państwa. To skupisko ludzi kreatywnych i wolnych. Pamiętam, że chcieliśmy jechać tam już dwa lata temu, ale przeczytaliśmy, że są tam sami narkomani i zabójcy. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Ludzie są bardzo mili i przyjaźni i nie za bardzo mają siłę, żeby kogoś zabijać, bo tam jest strasznie gorąco (śmiech).

Karol: - Na mnie ogromne wrażenie zrobiła droga nr 66 czyli route 66, uznawana za najsławniejszą na świecie. Wiele osób mówiło, że niewiele z niej zostało i jest nieprzejezdna. Sprawdziliśmy. Droga ma cztery tysiące kilometrów i przejechaliśmy ją w trzy miesiące, robiąc… 20 tysięcy kilometrów. Przemierzyliśmy ją szczegółowo, razem ze wszystkimi odnogami, bo jej przebieg zmieniał się przez lata. Okazało się, że 90 procent trasy nadal istnieje. To wehikuł czasu, przenosi cię do Ameryki lat 50. i 60., którą znamy z filmów. Kina samochodowe, knajpy z szafami grającymi, rodeo. To wszystko wciąż istnieje. W miastach przy drodze 66 żyją ludzie, którzy czasem przeprowadzili się i poświęcili całe życie, żeby ratować pamięć o niej. Jest też wiele niespotykanych atrakcji. Na przykład ktoś postanowił wkopać w ziemię 12 zabytkowych Cadillaców, które są żywym dziełem sztuki, bo każdy turysta może wziąć spray i je malować. I one właściwie co godzinę wyglądają inaczej. Jeśli ktoś lubi Amerykę, musi tą drogę przejechać.

Ola: - Z kolei w Australii zauroczyły nas sierocińce dla kangurów - prywatne inicjatywy ludzi, którzy  postanowili opiekować się tymi zwierzętami. Prowadzą te schroniska za swoje pieniądze, mają normalną pracę a utrzymanie przeciętnego sierocińca to około pięć tysięcy dolarów miesięcznie i jest bardzo pracochłonne. Taki mały kangur musi jeść co trzy godziny. Ci pasjonaci poświęcają swoje życie dla prowadzenia podobnych miejsc.

- Nie macie przesytu wrażeń? W krótkim odstępie czasu widzicie często masę niezwykłych miejsc.

Ola: - Doświadczyliśmy czegoś takiego przy czteromiesięcznym wyjeździe i wtedy postanowiliśmy, że maksymalny czas podróży to trzy miesiące. Przy dłuższych pobytach znika ciekawość i czujemy, że nic nas już nie cieszy. Jesteśmy po prostu zmęczeni.

Karol: - A szkoda być na końcu świata i nie doceniać go na sto procent. Trzeba czasem zatęsknić za podróżami.

- Co mówicie ludziom, którzy chcieliby podróżować, ale trzyma ich dziecko, pieniądze… 

Ola: To nie jest łatwy temat. Zaczęliśmy podróżować, nie mając zobowiązań. Mieliśmy pracę, studia, ale to nie jest tak ważne jak wychowywanie dziecka czy zajmowanie się chorym rodzicem.

Karol: Ludzie mając normalną pracę albo studia, szukają sobie wymówek w stylu: wyjadę na miesiąc i wszystko się zawali. Ale one są tylko w ich głowach. Podróże wcale nie są takie drogie i nieosiągalne. Najważniejsze to ruszyć. Może nie od razu w podróż dookoła świata, raczej małymi krokami. Najpierw Polska, później Europa i tak dalej. Dla nas każda podróż była trochę dalsza i trudniejsza. Na początku też byśmy sobie nie poradzili, ale sporo zależy od doświadczenia.

- Kiedy wracacie do Polski po kilku miesiącach podróży, jak odbieracie nasz kraj?

Ola: Bardzo lubimy Polskę i nie wyobrażamy sobie życia gdzie indziej. Polska jest przepiękna i różnorodna. Ale z drugiej strony nasza polska mentalność po powrotach z Australii czy ze Stanów, szybko nas dopada i trochę boli.

Karol: Chodzi o to, że ludzie w Polsce rzadko się uśmiechają. Trudno też załatwić bardzo proste sprawy. Ja wolę naprawiać zepsute koło na pustyni w Australii niż załatwić coś w polskim urzędzie, bo jest to dla mnie duży większy stres.

Ola: Nie rozumiem pewnych zachowań. Idę na pocztę i pani jest dla mnie bardzo niemiła. Od razu zastanawiam się, co jej zrobiłam.

Karol: - Gdy w Australii idziesz chodnikiem i uśmiechniesz się do kogoś, on odpowie uśmiechem. Często jeszcze zagada i rzuci żartem. A w Polsce ludzie wezmą cię za wariata i postukają się w głowę.

Ola: - Albo pomyślą, że chcesz kogoś poderwać.

- Co jest pozytywnego w Polsce i Polakach?

Karol: - Pierogi, gołąbki i schabowe. Tego nam brakuje najbardziej po drugiej stronie świata (śmiech).

Ola: - Polacy są bardzo pracowici. Mają często fach w ręku i umieją go wykorzystać.

Karol: - Potrafią też rozwiązać każdy problem.

- A jak oceniacie Kielce, w których mieszkacie, gdy wracacie z podróży? Polecilibyście to miasto innym? 

- Ola: Jasne, ja jestem z Kielc i bardzo je lubię. Tu i w naszym regionie jest masa różnych miejsc rekreacyjnych, szczególnie zbiorników wodnych. Można się rozłożyć z kocykiem, pogrillować. Na skalę Polski jesteśmy w tym wyjątkowi. Karol jest ze Świdnicy, tam nie ma takich miejsc.

Karol: - Na pewno to dobre miejsce dla kogoś kto lubi spędzać aktywnie czas w weekendy. Są świetne góry. Ale przede wszystkim fajne jest to, że Kielce są tanim miastem pomimo wielkości. Nie brakuje tutaj niczego, co znajdziemy w Krakowie czy Wrocławiu, a ceny nie są tak kosmiczne. 

- Czujecie się spełnieni jako podróżnicy i ludzie?

Karol: - Myślę, że tak. Prowadzimy wymarzone życie. Pasja przerodziła się w nasz sposób zarabiania na nie to jest fajne.

- Dokąd kolejna podróż?

Ola: - Myślimy teraz o Wschodzie. Byliśmy pięć razy w Australii, tyle samo w Ameryce Północnej. Najeździliśmy się po Europie, ale nie byliśmy u naszych wschodnich braci. Chcemy przez Kazachastan i Mongolię dojechać na Syberię i wracać północną Rosją.

  • Bardzo dziękuje za rozmowę.
Nowy numer!
40/2020 40/2020
TWÓJ NEWS
POSŁUCHAJ
WIDEO